Business Joomla Themes by Justhost Reviews

Świadectwo Amosa

Opublikowano: piątek, 29, styczeń 2016

Urodziłem się w rodzinie baptystycznej. Mój tata był i jest pastorem w zborze w Toruniu. Od małego byłem chętny, by poznawać Boga i Jego Prawa. Byłem najlepszy na szkółce niedzielnej, lubiłem czytać Biblię i słuchać historii w niej napisanych. W szkole również nie miałem problemów. Wszyscy nauczyciele mnie lubili i powtarzali, że mam ogromne możliwości i czeka mnie świetna przyszłość. Przez tak wielkie wsparcie i uwielbienie, jakie spotykałem na każdym kroku zacząłem stopniowo popadać w pychę. Chodziłem do kościoła i wziąłem chrzest, lecz w swoim życiu miałem coraz mniej czasu dla Boga.

Gdy poszedłem do liceum zaczął się okres mojego stopniowego upadku. Ukazuje się on w moim życiu w formie cykli auto-destruktywnych. Pierwszy taki cykl zaczął się właśnie w liceum. Początki były niewinne – lubiłem grac na komputerze. Tak jak wielu innych moich znajomych. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że z czasem traciłem nad tym panowanie. Moje cykle zazwyczaj trwały trzy lata. To czas w jakim traciłem kontrolę nad swoim życiem do tego stopnia, że zaczynało się rozpadać. W liceum trzeci rok zakończył się sytuacją, w której musiałem powtarzać klasę maturalną. Wynikło to z tego, że każdy dzień tygodnia od godziny 7:00 rano do 22:00 wieczorem spędzałem w szkolnej pracowni komputerowej grając. Po powrocie do szkoły postanowiłem wziąć się do roboty i „wrócić do normy”. Komputer poszedł na moment w odstawkę. Nie na długo.
    Drugi cykl zaczął się gdy byłem na 1-szym roku studiów. Pomyślałem, że idzie mi tak dobrze na studiach, że należy mi się trochę rozrywki – dobry komputer do grania. Z tym że teraz komputer zaczynał dominować moje życie nie tylko w tym wymiarze. Zacząłem spędzać cały czas przed monitorem. Grałem, oglądałem tony filmów i seriali, zacząłem też regularnie oglądać pornografię. Relacje z prawdziwymi ludźmi zacząłem zamieniać na te z wirtualnymi. Ten cykl zakończył się dla mnie dosyć drastycznie. Podczas trzeciego roku studiów umarła moja mama. Ukazało to prawdziwy stan mojego serca. Nie mogłem dłużej udawać, że kocham Boga. Wiedziałem i czułem, że Go nienawidzę. Przestałem chodzić do kościoła. Zacząłem odcinać się od wierzących znajomych, co tylko bardziej popychało mnie w wirtualny świat. Życie poza komputerem utraciło sens. Wyleciałem ze studiów. Drugi cykl dobiegał końca.
    Muszę nadmienić, że odkąd miałem jakieś 15 lat towarzyszyła mi myśl o tym, że kiedyś się zabiję. Że to nie Bóg, ale ja zadecyduje jak zejdę z tego świata. Myśl ta rosła we mnie i kiełkowała przez wszystkie cykle. Co więcej jedną z rzeczy jakie pojawiły się w moim życiu wraz z tymi cyklami było poczucie nieszczęścia. Rosło ono z każdym cyklem jednocześnie go napędzając.
    Po skończeniu drugiego cyklu potrzebowałem nieco czasu, by dojść do siebie. Doszedłem do wniosku, że teraz ułożę sobie życie po swojemu. Bez Boga. Jako wolny człowiek. Poszedłem na drugie studia. Komputer momentalnie stał się centrum mojego życia. Gdy nadszedł trzeci rok, nie miałem już żadnej kontroli nad komputerem i swoim życiem. Byłem pełen goryczy i nieszczęścia. Nie chciałem już grać, ale musiałem. Pomimo bólu pleców i szczypania oczu siedziałem po 10-12 godzin przed komputerem, bo tylko tam widziałem nadzieję na szczęście i radość. Tym większe było moje zniechęcenie i poczucie nieszczęścia, gdy każdego wieczoru kładłem się spać ze świadomością pustki i bezsensu w moim życiu. Wyleciałem ze studiów. Nie miałem pracy. Miałem oszczędności na pół roku życia. Postanowiłem, że skoro nic w moim życiu nie ma sensu, a ja jestem stale nieszczęśliwy, to pożyję sobie do końca oszczędności, a potem wreszcie nastanie upragniony koniec mojego życia – moje samobójstwo.
    Tak tez się stało. Gdy skończyły mi się pieniądze, sprzedałem to co mogłem, wyrzuciłem resztę rzeczy i spakowałem plecak by wyruszyć na śmierć. Miałem w swojej głowie konkretny plan – miałem udać się do Torunia, by odwiedzić grób mamy, po czym w sklepie turystycznym kupić sobie line i powiesić się na toruńskim moście. Miałem jednak bardzo konkretne przeświadczenie, że mam dojść do Torunia na piechotę. Było to o tyle dziwne, że jako typowy nerd komputerowy nie miałem kondycji ani mięśni by sobie na to pozwolić. Pomimo tego byłem przekonany, że tak mam zrobić, więc tak zrobiłem.
    Z namiotem i śpiworem w plecaku wyruszyłem z Gdańska do Torunia. Pierwsze trzy dni podróży były przepełnione pożegnaniami i rozważaniami nad sprawami Boga. Nie było to częścią mojego planu. Chciałem tylko oddać część moich rzeczy przyjacielowi oraz innemu zwrócić książkę, którą pożyczyłem jakieś 5 lat wcześniej. Jednak krótka wizyta w obu ich domach zamieniła się w przegadany wieczór i przespaną noc. Trzeciego dnia najmocniej mogłem dostrzec działa nie Boga. Odwiedziłem już wszystkich przyjaciół jakich planowałem odwiedzić. Wyruszałem z miasta. Jednak okazało się, że miałem jeszcze spędzić wieczór na rozmowach o Bogu z moim kolejnym przyjacielem. Przyjacielem, który tego dnia pojechał z żoną i dziećmi nad jezioro, by wypoczywać tam cały dzień. Przyjacielem, który przypomniał sobie o wykładach jakie miały co tydzień miejsce i na które chciał kiedyś zajrzeć; w tym celu zostawił żonę z dziećmi i pojechał do miasta. Jednak gdy poczuł się głodny postanowił zatrzymać się na moment w domu na małą przekąskę. Gdy przejeżdżał pod swoim domem, zobaczył mnie. Nie zastanawiając się zawrócił i zaprosił mnie na moment do swojego domu. Zamiast pójść na wykład przegadał ze mną całe popołudnie i wieczór o Bogu. Gdy jednak żegnałem się z nim rano, dalej byłem przekonany, że idę się zabić; że moje życie jest beznadziejne i nieszczęśliwe i muszę je zakończyć.
    Zaczął się tydzień trudnego marszu w upale i słońcu. Przez pierwsze trzy dni w marszu towarzyszył mi mój oskarżyciel. Głos w mojej głowie wskazujący na beznadzieję mojej ówczesnej sytuacji. Syn pastora, tak obeznany w teologii, a teraz nienawidzi Boga i idzie do Piekła – Mówił – Taki inteligentny chłopak, a nie potrafi nawet licencjatu zrobić. Taką przyszłość wszyscy ci wróżyli a teraz patrz gdzie jesteś – na środku drogi do samobójczej śmierci, z całym twoim dobytkiem na plecach. Oto do czego doszedłeś. To wszystko na co cię stać. Całe twoje życie sprowadza się do tego, że nie potrafisz niczego zrobić dobrze.
    Gdy te myśli napełniały moją głowę, trzeciego dnia wędrówki ujrzałem jasno – mam tylko dwie możliwości : 1) mogę iść dalej i się zabić lub 2) mogę błagać Boga o przebaczenie mi wszystkiego co zrobiłem w swoim życiu, tak by stać się Jego dzieckiem. Zatrzymałem się wtedy na poboczu i pomodliłem się do Boga. Prosiłem Go by w swej łasce przebaczył mi. Miałem jednak wewnętrzne przekonanie, że do tego nie dojdzie; że poznałem Chrystusa i odrzuciłem Go; że zmarnowałem już swoją szansę na życie wieczne i następnej już nie będę miał.
    Po mojej modlitwie poczułem się lepiej. Nie byłem jednak pewien czy to była Boża odpowiedź, czy tylko jakaś złudna nadzieja, która zniknie następnego dnia. Dlatego postanowiłem iść dalej i zobaczyć co przyniesie mi kolejny dzień. Gdy obudziłem się nazajutrz, nie było we mnie odczucia pustki i bezsensu. Zamiast nieszczęścia byłem pełen radości i zupełnie obcej mi dotychczas pozytywnej energii. Nie miałem wtedy wątpliwości – Bóg się do mnie przyznał. W swej nieskończonej miłości okazał mi litość i przebaczył mi całe moje życie w grzechu.
    Kolejne trzy dni przepełnione były rozmowami z moim Stwórcą. Przypominałem sobie rozmowy z moimi przyjaciółmi i krok po kroku dochodziłem do wniosków o swoim życiu. Wiedziałem już, że moje życie ma sens jedynie z Bogiem; że chcę je zacząć budować od nowa na Nim; że warto jest żyć i starać się naszego miłosiernego Boga. Nie zabiłem się. Bóg miał dla mnie lepszy cel. Mogę teraz swoim życiem i świadectwem pokazywać Bożą łaskę i głosić Jego przebaczenie, które nie ma granic. Bogu niech będzie chwała i cześć. Amos Gutsche

Odsłony: 1267